Niezwykła Pasterka Roku Pańskiego 1986

Zbliżała się 1986 rocznica Bożego Narodzenia. Mróz dawał się wszystkim we znaki, nie brakowało też opadów śniegu. Wszyscy mieszkańcy osiedla Wolica ogarnięci byli gorączką przedświątecznych porządków i zakupów. Niektórzy z nich być może zapomnieli o duchowym przygotowaniu się do kolejnych narodzin naszego Zbawiciela. Jezusa. Myślę, że wśród zabieganych osób nie brakowało też takich, dla których Boże Narodzenie to tylko choinka, prezenty, tradycyjne łamania się opłatkiem. Sądzę jednak, że dla wielu mieszkańców naszego młodego osiedla Wolica zbliżająca się Wigilia 1986 roku miała szczególne znaczenie. Powodem tego było ogłoszenie księdza Eugeniusza o pasterce, którą miał odprawić dla parafian pod gołym niebem, na placu niedaleko ulicy Lasek Brzozowy. Decyzja ta wprowadziła mnie i wielu moich znajomych w uroczysty nastrój oczekiwania na to niezwykłe wydarzenie. Z ludzkiego punktu widzenia wydawało się to niemożliwe – przy piętnastostopniowym mrozie, ale u Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

Nadszedł oczekiwany przez wszystkich dzień Wigilii. Kiedy na niebie zabłysła pierwsza gwiazdka, w wielu domach zapłonęły lampki na choinkach. Zasiedliśmy do odświętnie nakrytego stołu, aby spożyć wieczerzę wigilijną. Łamaliśmy się opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia. Wśród życzeń nie brakowało też i takich, aby Bóg dał nam możliwość uczestniczenia w tej niezwykłej Pasterce. Śpiewaliśmy też wspólnie z dziećmi kolędy.

Tuż przed północą dorośli członkowie naszej rodziny opuścili ciepłe mieszkanie i wyruszyli na plac, gdzie miała się odbyć pasterka. Mróz szczypał w oczy i uszy, nad głowami świeciły gwiazdy, a śnieg chrupał pod nogami... prawdziwa mroźna zimowa noc.

Na placu zebrało się dużo ludzi. Wszyscy byli ciepło ubrani, ogrzewali się trzymanymi w rękach świecami. Stali wokół skromnego ołtarza, przygotowanego specjalne na tę uroczystość. Ksiądz proboszcz zziębnięty, z gołą głową odprawiał Mszę św. Wydawało się, że nie czuje on tego chłodu, tak był pochłonięty sprawowaniem uroczystego nabożeństwa. Dzielnie spisywali się też towarzyszący mu ministranci. Rozbrzmiewające na tle zimowej scenerii słowa kolędy „Wśród nocnej ciszy...” przeniosły mnie w bardzo odległe czasy. Odniosłam wrażenie, że uczestniczę nie w 1986 rocznicy narodzin Jezusa, ale przeżywam moment Jego narodzin w grocie, na sianie. Czułam się tak, jakbym była wśród pasterzy, którzy przybyli do narodzonego dzieciątka aby oddać Mu cześć.

Kiedy modliłam się po Eucharystii, czułam w głębi serca ogromną radość, bo Pan naprawdę narodził się dla mojego zbawienia i dla zbawienia wszystkich ludzi. Chociaż była to bardzo skromna Msza, bez oświetlonej choinki, brzmienia organów, w szczerym, zasypanym śniegiem polu, na wietrze i mrozie, nigdy jej nie zapomnę. Przybliżyła mi przedziwny sens mojego życia jako osobisty związek z moim Zbawicielem Jezusem Chrystusem.

Wcześniej, na wiosnę 1986 r., w niedzielę Zesłania Ducha Świętego odbyła się doniosła uroczystość – po raz pierwszy w historii naszej wspólnoty odbyła się Pierwsza Komunia Święta. Na placu przy ul. F. M. Lanciego zgromadziło się ok. 3000 osób. Celebransem tej pięknej uroczystości był biskup Jerzy Modzelewski. Obecni byli także proboszczowie sąsiednich parafii – ks. Jan Świstak, Tomasz Król i Tadeusz Wojdat.

W swoim słowie ksiądz biskup powiedział wówczas, że

pod działaniem Łaski Bożej, której Dawcą i Szafarzem jest Duch Święty nawet ugory i pustkowia życia duchowego ożywiają się, a bywa, że ukwiecają się wielkimi cnotami. Duch Święty odnawia oblicze ziemi. On sprawia, że Kościół poszerza się i umacnia. A poszerza się, umacnia i zapuszcza głęboko korzenie szczególnie wtedy i tam, gdzie są trudności, przeciwieństwa a nawet wichry i burze. Nawet wtedy bramy piekielne nie przemogą go. Dlatego z ufnością należy oczekiwać dnia, kiedy modlitwa, społeczny wysiłek poparty czynem oraz z serca przekazany grosz zostaną uwieńczone narodzeniem się nowej córy Kościoła – nowej parafii.

Prorocze to słowa. Wszak w tamtych pionierskich czasach schyłku stanu wojennego nie brak było różnych utrudnień i szykan. W dodatku w czasie zasiedlania naszych osiedli tzw. budownictwo zakładowe, dla którego spółdzielnie mieszkaniowe musiały oddawać haracz w postaci pewnej puli mieszkań, obejmowało głównie wojsko i milicję. Toteż niemała część bloków północnej Wolicy została zasiedlona rodzinami z tych środowisk. Zapewne nie brakło wśród nich rodzin funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Dla wielu z nich rodząca się społeczność chrześcijańska była solą w oku, a Msze św. odprawiane na placu w pobliżu ich domów były jak wyrzut sumienia. Dlatego nie brakło szykan i inwigilacji, zakłócania na różne sposoby nabożeństw, a nawet profanowania i niszczenia sprzętu nagłaśniającego i prowizorycznego ustawionego na placu ołtarza. Jak zauważył w Kronice Parafialnej śp. ks. Konstanty Rosiński niemałą rolę w tych działaniach odgrywali podobno synowie milicjantów, chcąc pokazać, że są bardziej gorliwi w służbie wojującego bezbożnictwa.

Trudności piętrzyły się również w staraniach o pozwolenie na lokalizację kościoła i utworzenie parafii. Ksiądz Eugeniusz wraz z wspomagającymi go delegacjami mieszkańców Wolicy przez długi czas bezskutecznie występował do różnych urzędów w tej sprawie. Niektórzy z przedstawicieli władz administracyjnych uzależniali wydanie zgody od odsunięcia od pracy w tej placówce ks. Eugeniusza Ledwocha. Wreszcie, by zapewne opóźnić jak najbardziej podjęcie decyzji, przedstawiano różne niezbyt korzystne propozycje lokalizacji (m.in. niemal pod samym Lasem Kabackim – w czasie, gdy tereny zamieszkałe sięgały do ul. Przy Bażantarni), każda z nich wymagała zaopiniowania różnych ciał, m.in. Rady Osiedla.

Dodatkowe informacje