Ks. Stanisław Tworkowski – Introibo ad altare Dei

Wnijdę do ołtarza Bożego

W kościele, który jakimś cudem ocalał w tej krainie zniszczenia i śmierci, było cicho i pusto. "Prawdziwy kościół poległych” – myśli Tomasz i przypomina sobie baśń z lat dziecięcych o Mszy duchów, odprawianej w noc zaduszną.
Niedługo... Dziś ostatni dzień października...
Przed oczyma przesunęły mu się twarze kolegów, zawzięte, nieulękłe, choć chłopcy idą na pewną śmierć.
Ave Patria, morituri te salutant...
A może rzeczywiście zbiorą się w tę noc listopadową, pełną zaduszkowych tajemnic? Pluton za plutonem, kompania za kompanią, cała armia podziemna, na wielką Mszę Poległych?
Tomasz rozgląda się po świątyni. Przed pięciu wiekami ufundowała ją pobożna księżna, Anna Mazowiecka. Od tego czasu kościół dzielił losy miasta: pożary, najazdy, grabieże. Tutaj nawoływał do pokuty błogosławiony Ładysław z Gielniowa. Relikwie Świętego strzegą miasta i kościoła, który ocalał, choć we wrześniu 1939 roku, bomby zburzyły kaplicę Matki Boskiej, a w sierpniu 1944 roku spłonął dach.
„Kościół Kasi”, myśli Tomasz, patrząc na votum młodzieży akademickiej z czasu sławnej jasnogórskiej pielgrzymki.
W okresie okupacji oboje przychodzili tutaj na groby i wspólnie przeżywali ich wymowną symbolikę. Tomasz dziwił się, dlaczego Niemcy nie strzelali do tłumów, które w Wielką Sobotę ciągnęły tu z całego miasta. Może powstrzymywał hitlerowskich bezbożników lęk przed tajemnicą grobu, kryjącego w sobie wieczne życie? Może onieśmielała ich potęga wiary naszego ludu, który czekał na Chrystusowe i własne zmartwychwstanie? A może ofiara księdza rektora Edwarda Detkensa, przyjaciela młodzieży, zamordowanego w Dachau i zasługi ks. Tadeusza Jachimowskiego, drugiego duszpasterza akademików, który zginął w Powstaniu, chroniły Polaków nawiedzających groby?
Tomasz przypomina sobie grób z pierwszego roku wojny. Mówił on o wrześniowej klęsce. Szczątki rozbitego ołtarza, rozwalony konfesjonał, krzyż z dwóch zwęglonych belek wstawiony w wypalone okno kaplicy... Całe to spustoszenie Domu Bożego wywierało przygnębiające wrażenie. Jedyną nadzieją był Chrystus. Spoglądał ze swej monstrancji, jaśniejącej w czerwieni świateł, niczym w blasku dogasającej łuny.
W drugim roku wojny wzruszającą wymowę miały żołnierskie krzyżyki, zatknięte w małych kopcach piasku. Przytulone do grobu Zbawiciela, były symbolami polskich mogił rozsianych po całym świecie.
W roku 1942, kiedy zdawało się, że brunatne hordy zaleją świat, niezłomna wiara Polaków snuła wizję Zmartwychwstania. Wśród ruin stał krzyż, obok pług, symbol odbudowy. Przerwany kolczasty drut zasieków zapowiadał wolność.
Najbardziej przeżył Tomasz grób roku 1943.
W słonecznym blasku jaśniała Hostia. Figura Zbawiciela spoczywała w zieleni. Gałązki wierzbiny, wyrastające z grubego pnia, kojarzyły mu się z piosenką leśnych żołnierzy: „Nie szumcie, wierzby, nam...” Straż przy grobie pełnił szereg stojących na baczność cieni, symbol żołnierzy Armii Krajowej.
Ostatniego grobu Tomasz nie widział. W tym czasie jego pluton brał udział w akcji. Natomiast wywarł on głębokie wrażenie na Kasi. Opowiadała mu o nim. Ukazywał tragiczną rzeczywistość: mur, a przy nim krzyże.
Tak... Tylko tyle pozostało.
Przypomniał sobie moment odzyskania przytomności w podziemiach PKO. Jasno oświetlona sala. Nachyla się nad nim doktor „Justyna”. Na twarzy skupienie i powaga. Delikatne palce umiejętnie opatrują ranę. Wokoło młode, ładne siostrzyczki w białych fartuchach z opaskami Czerwonego Krzyża. Prawdziwy raj po piekle Starego Miasta. Ale już piątego dnia potężny gmach walił się, jego zaś wyniesiono gdzie indziej. Później, jeszcze raz czyjeś ofiarne ręce pomogły mu wydostać się z płonącego szpitala. Potem kapitulacja. Obóz. Naloty sprzymierzonych. Wyzwolenie i powrót.
Zapisał się na uniwersytet. Spotkał wielu dawnych kolegów i przyjaciół. Nie wszyscy zginęli, nawet ci z „Parasola” i „Zośki”. Ale Tomasz nie może się dostosować do nowych form życia. Wszystko jest mu obce, tylko ruiny Starówki ciągną z nieprzepartą siłą. Wciąż myśli o Kasi i odwiedza opustoszały ogród Krasińskich, gdzie we wspólnej żołnierskiej mogile spoczywają jej zwłoki. Kim była dla niego? Jaką rolę odegrała w jego życiu?
Poznał ją pewnego wieczoru, gdy przenosili do szkoły na Królewskiej paczki z zapalnikami do granatów. Tomek był wówczas roztrzepanym chłopcem, choć pozował na dorosłego i miał dużo pewności siebie. Mówił, że jest niewierzący, choć na Mszę chodził i wieczorem odmawiał pacierz. Świat duchowego życia obudziła w nim dopiero Kasia.
Tomasz znał dużo dziewcząt. Wiele z nich lekceważył. Były hałaśliwe, paliły papierosy i miały brzydko umalowane usta. Zapewne nie były one złe, ale Tomasz miał wrodzoną odrazę do kobiet o manierach prostackich, które bezmyślnie, dla głupiej mody, zatracają swój wdzięk. Od chwili pierw-szego spotkania widywał Kasię prawie codziennie. Należeli do jednego zgrupowania. Kasia studiowała polonistykę i pomagała matce, on zaś był na trzecim roku tajnej medycyny.
Tomasz często zmieniał mieszkania. Był śledzony. Ojciec jego, oficer, poległ pod Łomżą. Rodzeństwo się rozproszyło. Chłopiec utrzymywał łączność jedynie z matką, która daleko nad Narwią polecała go Bogu. Odkąd poznał Kasię, te dwie kobiety: jedna o zatroskanej, zmęczonej twarzy i dobrych, szarych oczach, druga o jasnym, dziewczęcym spojrzeniu, związały się w jego duszy w serdeczną całość.
Kiedyś podpił sobie z kolegami i przyszedłszy do domu Kasi, która była wówczas sama, plótł trzy po trzy, a w końcu ogarnął dziewczynę ramieniem. Odsunęła go delikatnie i z powagą – Tomek, wiesz, że cię lubię, i właśnie dlatego chcę, abyśmy się wzajemnie szanowali.
Tomasz rozgniewał się. Powiedział kilka przykrych słów i wyszedł, trzaskając drzwiami. Wrócił po miesiącu. Kasi nie było w domu, ale matka jej przyjęła go grzecznie. Musiał zostać na obiedzie. Było mu smutno. Wychodząc, zauważył na biurku książkę „Dziedzictwo” Wybranowskiego. Otworzył ją w miejscu założonym zakładką i przeczytał tekst lekko podkreślony ołówkiem: „Wstyd kobiety i honor mężczyzny to dwie wielkie instytucje naszej cywilizacji”. Zrozumiał... Kasia wydała mu się teraz jeszcze bliższa i droższa.
Kiedyś po powrocie z majowego nabożeństwa zastanawiali się oboje nad treścią kazania ks. Jacka. Szczupły, o miłym głosie i dobrej dykcji ksiądz przemawiał do młodzieży w kościele Pokarmelickim. Tematem nauki było zagadnienie miłości. Ksiądz określał miłość jako akt duszy, zdolnej do poświęcenia się na rzecz Boga, człowieka lub idei. Miłość – tłumaczył słuchaczom – nie jest tylko sprawą uczucia, które może być nawet złym doradcą i szkodzić miłości. Tym bardziej nie jest ona egoistycznym poszukiwaniem własnej przyjemności. Mnóstwo ludzi utożsamia miłość z pożądaniem. Jest to błąd. Popęd zmysłowy to głos instynktu wzywającego do zachowania gatunku. Celowy i dobry, jest jednym z istotnych składników miłości małżeńskiej, ale sam przez się nie jest miłością: ma jej tylko służyć. Ksiądz podkreślał znaczenie rozumu i woli w akcie miłości. Rozum poznaje dobro, wola skłania do realizacji, a uczucie zachęca lub przeciwnie, może nawet odciągnąć od złożenia ofiary. Najlepszy żołnierz czuje się źle pod ulewą granatów, a jednak trwa na posterunku. Bohaterski i święty Polak, ks. Jan Beyzym, nie szukał przyjemności na Madagaskarze. Oddał życie za swoich nieszczęśliwych, opuszczonych chorych.
Pewnego razu Kasia zapytała Tomka, jak sobie wyobraża życie po wojnie.
– Pójdziemy do cywila – odpowiedział śmiejąc się – a twój ks. Jacek da nam ślub.
Ale Kasia poruszyła przecząco głową.
– To nie jest takie pewne, życie kryje w sobie tyle niespodzianek... A później? Jak nagle to wszystko się stało!
Pierwsze zwycięstwa. Biało-czerwone sztandary. Uniesienie, radość, którą wkrótce stłumiły bombowce. I koniec.
Dopiero teraz zauważył nad ołtarzem wielki krzyż z figurą Chrystusa. Gdzieś już widział ten wstrząsający krucyfiks. Ale kiedy to było i gdzie? Usiłuje sobie przypomnieć... Czyżby na Freta, w drugiej połowie sierpnia?
Był dowódcą plutonu i miał wykonać przeciwnatarcie. Tak się nieoczekiwanie i tragicznie złożyło, że rozkaz ten przyniosła Kasia.
Nie widział jej od wybuchu powstania.
– Tomek, jak się cieszę, że mogę cię zobaczyć. Codziennie modlę się za ciebie. Uścisnęli sobie dłonie po żołniersku, z całego serca.
Przeczytał rozkaz.
– Zaczekaj, Kasiu, porozumiem się z kolegami.
Wbiegł do bramy. Na małym podwórku zgrupowany był jego pluton. Ona została na zewnątrz.
W tej chwili nadleciały samoloty i spadły bomby. Potężny wybuch wstrząsnął domem, runęła sciana. Tomasz stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, chłopców już nie było. W miejscu, gdzie stali, wznosiły się zwały gruzów. Nie mogąc wstać, wyczołgał się z bramy. Na ulicy, odrzucona przez podmuch, leżała dziewczyna.
– Kasiu, Kasieńko! – wołał, usiłując przekrzyczeć ryk motorów i rozrywających się bomb. Nad nieszczęsną placówką bezustannie nurkowały bombowce. Ziemia drżała. Świat walił się i rozpadał wśród świstów, grzmotu i wycia maszyn. Odłamki murów, żelazne wiązania stropów, szczątki jakichś mebli wyrzucone w górę siłą wybuchów, spadały w dymiącą otchłań. Z dymu i kurzu strzelały w niebo czerwone języki ognia.
Tomasz najwyższym wysiłkiem woli podniósł się i wziął dziewczynę na ręce.
Otworzyła oczy.
– Tomek, żyjesz... Zobacz się z moją matką. Mój Boże! Krew rzuciła się jej ustami i ręce bezwładnie opadły w dół.
Niosąc ranną dotarł do następnej bramy, gdzie spotkał dowódcę odcinka i złożył raport.
Kazano mu iść do szpitala. Powlókł się za noszami, na których sanitariuszki niosły Kasię. W drodze chwycił ich kolejny nalot. Skryli się w kościele św. Jacka. W tym samym momencie na świątynię spadły bomby. Tomasz został powtórnie ranny. Tracąc przytomność, jak przez mgłę, po raz ostatni zobaczył Kasię. Leżała w skrwawionej, popielatej od kurzu i wapna żołnierskiej bluzie na posadzce świątyni. Nie żyła.
Po kilku dniach chłopiec dźwignął się na nogi. Były to ostatnie chwile Starówki. Wkrótce potem nastąpił odwrót i Tomasz, po raz trzeci ranny, jakimś cudem przedostał się kanałami do Śródmieścia. Teraz przeciera oczy. Wszystko się skończyło. A co dalej?
Przy drzwiach zakrystii rozległ się głos dzwonka. Stary, zgarbiony ksiądz z kielichem w dłoniach szedł do ołtarza. Poprzedzał go z mszałem, mały, może dwunastoletni chłopiec. Tomasz zauważył na bluzce ministranta wstążeczkę Krzyża Walecznych. Przeżegnał się z kapłanem, którego niski, drżący głos rozległ się w pustej świątyni.
Introibo ad altare Dei – Wnijdę do ołtarza Bożego.
Ad Deum, qui leatificat juventutem meam – do Boga, który uwesela młodość moją – odpowiedział chłopiec.
– O Boże, gdzie jest nasza młodość? Gdzie nasze wesele?
Tomasza ogarnęła rozpacz.
Chciał się zerwać i uciec z kościoła, ale się opanował. Spojrzał na krzyż. Wydało mu się, że przymknięte powieki Chrystusa drgnęły i wzrok Cierpiącego spotkał się z jego spojrzeniem.
Słyszy najwyraźniej głos: Tomaszu, pójdź za mną!
Wszystko to dzieje się w niezmiernie krótkim czasie, chyba w tysiącznej cząsteczce sekundy. Drży ze wzruszenia, a duszę jego olśniewa nagle wielka jasność i ogarnia bezmierny spokój.
– Boże miłosierny i najlepszy, teraz rozumiem wszystko... Przeprowadziłeś mnie przez walkę, cierpienie, miłość ludzką, abym odnalazł Ciebie. Wzywasz mnie do innej żołnierki, na inną placówkę. Mam walczyć o Twoją miłość w świecie rozdartym przez nienawiść i rozkładanym przez niewiarę. Mam walczyć o Twoją Polskę.
Do uszu Tomasza dochodzą słowa starca, dalekie, jak gdyby z zaświatów: Ite, missa est... Dokonała się Boża i moja ofiara. Otom stary i niedołężny. Czas mego bojowania już się kończy.
Tomasz zrywa się z klęczek. Jest skupiony, jak przed pierwszym atakiem. To on ma zająć miejsce odchodzącego kapłana. Rozkaz! Idę!

Źródło: Stanisław Tworkowski, Ostatni zrzut. Opowiadania i nowele
Wydawnictwo "Michalineum", Marki – Struga k. Warszawy – 1984
(I wydanie – Katolicki Ośrodek Wydawniczy "Veritas" w Londynie.

Jak ciężko jest kapelanowi stać nad wykopanym dołem i skrapiać wodą święconą zawinięte w prześcieradła ciała chłopców i dziewcząt...

Ksiądz Stanisław Tworkowski jako młody ochotnik zaciągnął się w roku 1918 do Korpusu Dowbora. Potem wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie. W roku 1920 uczestniczył w jej obronie jako sanitariusz Ochotniczej Armii gen. Hallera. W okresie międzywojennym był kapelanem Archidiecezji Warszawskiej i dał się poznać, szczególnie młodzieży, jako dobry prefekt, duszpasterz i wychowawca.
W czasie II wojny światowej był jednym z czołowych kapelanów AK w stopniu pułkownika (pseudonim xJacekx).
Ksiądz Tworkowski z wyczuciem urnie opowiadać o bohaterstwie żołnierza polskiego, wydobywając spod skorupy cynizmu czy rubaszności żołnierskiej istotne wartości duchowe x miłość Boga i Ojczyzny. Opowiadania księdza Tworkowskiego czyta się przeżywając wraz z Autorem i bohaterami ich dramaty i wzloty. I w tym tkwi wartość opisanych przykładów, krzepiących i umacniających wszystkich tych, którzy nie poddali się oportunizmowi i stale walczą o nieprzemijajqce wartości duchowe.
Swoje myśli i wspomnienia z okresu okupacji i Powstania Warszawskiego ksiądz Tworkowski zapisuje z nadzieją na sprawiedliwość i opiekuńczą dobroć Boga. Wierzy, że przeminie wojna ze swoim obłędem, z męką, pójdą na wieczne zatracenie bezbożni nikczemnicy, a ci, co polegli za Bożą sprawę x będą nieśmiertelni.
Modli się za dusze poległych i wyznaje: xJak ciężko jest kapelanowi stać nad wykopanym dołem i skrapiać wodą święconą zawinięte w prześcieradła ciała chłopców i dziewcząt...x
W całej. książce przewija się myśl o wartości i celowości życia ludzkiego, które mierzy się wy łącznie miłością, a ta niejednokrotnie wymaga walki o Bożą sprawę i nawet ofiary z życia.
Dużo miejsca poświęca ksiądz Tworkowski opisaniu roli, jaką w tych tragicznych dniach odegrało polskie duchowieństwo i przypomnieniu tych, którzy polegli w czasie pełnienia obowiązków kapłańskich. Na pewno pozostanie nam w pamięci świadectwo Hansa Franka: xkatolicyzm nie jest w tym kraju wyznaniem, a koniecznością życiowąx. xPolacy zatem bronią nie tylko swej wolności i bytu, ale walczą o najwyższe wartości ducha, ukształtowane w nich w ciągu tysiąclecia przez chrześcijaństwox.
Gdy ludzkie kalkulacje zawodzą, gdy zawodzą sojusznicy i alianci, żołnierz polski kierował swój wzrok w niebo, by czerpać moc u Źródła wszelkiej mocy i miłości.
Drugie wydanie książki (1984), poprawione i uzupełnione, ukazało się dzięki życzliwości i duszpasterskiej trosce Dostojnego Autora. W podjętym przedsięwzięciu chodzi przede wszystkim o to, by czyny bohaterów minionych lat, ich budząca podziw determinacja i przelana krew w obronie niezniszczalnych wartości zostały zachowane w pamięci. Co więcej, promieniowanie tych wartości powinno wycisnąć twórcze znamię na formacji nowych pokoleń Polaków.
Niestety, ta niezwykle cenna książka już nie była wznawiana z wielką szkodą dla, zwłaszcza młodych czytelników.

Dodatkowe informacje